Tyle tam pyszności, że nie mogłam się zdecydować, co wybrać z menu... ale wybrałam ;)
Zanim przyniesiono jedzonko czas oczekiwania umilał nam zespół góralski :)
Ale jak już przyniesiono jedzonko... to żadna atrakcja muzyczna nie oderwała mnie od niego! (na zdjeciu - próbuję góralski smaluszek na chlebku... a feee... jakie to tłuste... dobrze że miałam swoje osobiste menu! :))
Ale najdziwniejsze było to, że w Karczmie był niedźwiedź... ale byłam w szoku! Nie wiedziałam, że zwierzątka tak ot - mogą sobie zjeść obiad w lokalu ;). Misiu okazał się być całkiem przyjaźnie do mnie nastawiony (choć jakby coś nie "ten teges" to w asekuracji była mamusia)...
Ostatecznie... misio pozwolił mi nawet przejechać się na swoim grzbiecie... iiiiiihaaaaa!!!



Po obiadku tzw. "tea time" ;)
Prababusia ma chore nóżki, więc postanowiłam zrobić jej masaż kolanek...


Naprzemienne uginanie nóg i przyciąganie ich do brzuszka.
A tutaj ostatnie prościutkie ćwiczenie, tzw. "niepełny orzełek" - po prostu wymachy poziome ręką (od bioderka do głowy), ale uwaga - rękę wymachując utrzymać trzeba kilka cm nad matą. No i raz lewa, raz prawa rączka :). 







Mamusia zrobiła ciasto - a ja wałkowałam (tatuś pomagał) :)






Nawet nie zdążyłam podziękować Panu Mikołajowi za pierwszego ząbka, a tu patrzę w niedzielę... niucham języczkiem... sprawdzam paluszkiem... i z niedowierzaniem stwierdzam, że lewa dolna jedyneczka już nie jest samotna... ma swoją nową przyjaciółkę - prawą dolną jedyneczkę! Będą mogły sobie teraz poplotkować te moje dwie maleńkie perełki :)






Moje pierwsze w życiu pozabrzuszkowym Święta Bożego Narodzenia zbliżają się ogromniastymi krokami. Mamusia przygotowuje już ozdoby świąteczne i zbiera od wszystkich listy do Świętego Mikołaja (niby że je przekaże Mikołajowi jak go spotka... hmmm ciekawa sprawa - mamusia zna osobiście Mikołaja? Trzeba to będzie w przyszłości wykorzystać ;) ). 
Pytano mamusię co to za komplecik czapeczkowo-szaliczkowy mam i gdzie takowy mi zakupiła.






