POGODNY KRYSPINÓW... :)
A może rodzice trzymają jakieś słodkości pod prześcieradełkiem... któż to wie? hmmm... zawsze warto sprawdzić :).
W przypadku poszukiwań, które nie przyniosły pożądanego efektu, warto spróbować lokalnych specjałów pokoiku :)... Kropeczki - korniki zadowolą się smakiem nawet fotela obrotowego :)
Mój pierwszy w życiu koszyczek święconkowy w składzie: koszyczek (historyczny model - z komunii mamusi), baranek ceramiczny :), pisanka - którą malowałam razem z tatkiem, kawalątek kiełbaski i szyneczki, kromeczka chlebusia, babeczka, sól, czekoladowe jajo big x1, czekoladowe jajo mini x3 :), czekoladowo-marcepanowy zajaczek, bukszpanowe gałazki i kilka żółciutkich kurczaczków na ozdobę :) Aha - no i zaszalałam :), poświęciłam sobie też moje ukochane kaszki - kukurydziankę i ryżową (mamusia skrzętnie upakowała je w moje małe klocuszki) :)
A tu już degustacja poświęconego chlebusia... mniam!!!
... no i najważniejsza - pisanka-drapanka!!!
... a właściwie... pozostałość po pisance-drapance... :) Wesołych Świąt for all!!! :)
Czy wiedzieliście, że mydło po raz pierwszy zostało "wynalezione" przez Sumerów w Zachodniej Azji? Jak dobrze, że ktoś to mydełko wymyślił, bo od tamtych czasów ludzie na całym świecie mogą "robić" bańki mydlane. Przez wiele lat udoskonalano recepturę mydła, dzięki czemu dzisiejsze banieczki są tak ślicznie kolorowe! :) Największą bańkę mydlaną zrobił podobno w 1996 roku Bernward Kramer - miała 3.7 metra długości i 1.5 metra średnicy! Łaaaaał co za gigant!!! - zmieściłabym się spokojniutko w jej wnętrzu!!
Udając "Saharską foczkę" brnęłam do przodu...
Nie przeszkodziły mi w tym nawet za długie foczkowe rękawy :)
... ale mimo starań... stwierdziłam, że niestety na Kryspinowskiej Saharze jest i w prawo dużo za dużo piasku i w lewo dużo za dużo piasku...
Dziś wieczorem przed kąpielą razem z Dziadziem Tadziem usiadłam w fotelu i patrzyłam na dziwne kolorowe okienko. To bardzo dziwne okienko, bo zmienia się w nim obraz i razem z obrazem słychać muzykę albo rozmowy. Dziadzio powiedział, że to "telewizor". To już druga rzecz jaką poznałam, która zaczyna się na "tele...". Pierwszy był "telefon" :). No muszę przyznać, że w tym telewizorku to fajne rzeczy są... Akurat trafiłam na bajeczkę. Była bardzo kolorowa i dużo w niej grali piosenek. Do sterowania tym "tele... czymś" Dziadzio używał tzw."pilota". Dziwna nazwa no ale nie ja ją wymyśliłam :). Na zdjęciu Dziadzio Tadzio ma dwa te... no.... "piloty"- jeden do "telewizora" a drugi ...? Hmmm, jeszcze nie wiem do czego... ale jak się dowiem, to wam zdradzę tą tajemnicę ;)!
Dziś aura sprzyjająca była tylko i wyłącznie jednej czynności... a mianowicie - SPANIU! :) Po 12 godzinnym śnie nocnym nikt nie spodziewał się, że po śniadanku znów będę spać! Ale zrobiłam wszystkich "w bambuko" hihi... Rodzice rozmawiali, a ja - jak to po śniadanku bywa - "układałam jedzonko w brzuszku", grzecznie leżałam i bawiłam się moimi zabaweczkami... aż tu nagle... poczułam się senna, zamknęłam na chwilkę oczy... no i ze zdziwieniem muszę przyznać, że otwarłam je dopiero po godzince :) ... Ale to nic - potem, w ciągu dnia, miałam jeszcze dwie "rutynowe" drzemki, a i tak wieczorkiem po kąpieli, przysnęłam od strzału :) Ech, przespałam pół dnia... taki ze mnie śpioch :)"Na bębenku marsza gram... tratatatam!" Hmmm... z tą różnicą, że porządnego bębenka brak, a w kubeczek ciężko trafić... no i piosenka... "tradżedy" - wybitnie nie "marszowa" :)
Razem z mamusią w tłusty czwartek (31.02.2008) upiekłyśmy całą stertę faworków (czyli chrust jak ktoś woli ;) Bardzo chciałam wypróbować nasze wypieki... więc był to mój pierwszy w życiu "test faworka". Niestety, nie wypadł on pozytywanie :(. Mamusia nie gniewała się na mnie (choć jak widać na filmie miny miałam delikatnie mówiąc "kapryśne"), bo wie że na takie smaki mam jeszcze czas ;)... przynajmniej spróbowałam! :) Ale powinnam dodać, że wszystkim "doroślejszym" musiał baaaaardzo smakować, bo w piątek rano, nie było już po faworkach śladu! :)
Przyjechał wczoraj do nas pewien gość :). Dopiero jak usłyszałam "as-salam alajkum" to zaraz poznałam, że to wujcio Tadzio (wybitny arabista)! Słyszałam już kiedyś to słowo z "salami i alejką";)... hmmm... to "dzień dobry" chyba było, tak? ;) A wiecie... wydawało mi się kiedyś, że język arabski jest trudny (bo jest trudny), ale przysłuchując się językowi "bobasów" (nazywam go językiem bobaśnym ;)), doszłam do wniosku, że to dzidziusiowe słownictwo też takie proste nie jest... pełno skomplikowanych "bubań" i "ajań"... i nawet podobne do "as-salam alajkum" - "Asia ma ajejku" czasem mi się powie :). A może warto by głębiej się nad tym zastanowić... wysnułam kropeczkową hipotezę, że może język arabski dawno dawno temu powstał z języka bobaśnego? Kto wie?! ;)
Dostałam od mamusi prezencik z okazji moich "mini urodzin" - dziś skończyłam 7 miesiąc! ;)
Tyle tam pyszności, że nie mogłam się zdecydować, co wybrać z menu... ale wybrałam ;)
Zanim przyniesiono jedzonko czas oczekiwania umilał nam zespół góralski :)
Ale jak już przyniesiono jedzonko... to żadna atrakcja muzyczna nie oderwała mnie od niego! (na zdjeciu - próbuję góralski smaluszek na chlebku... a feee... jakie to tłuste... dobrze że miałam swoje osobiste menu! :))
Ale najdziwniejsze było to, że w Karczmie był niedźwiedź... ale byłam w szoku! Nie wiedziałam, że zwierzątka tak ot - mogą sobie zjeść obiad w lokalu ;). Misiu okazał się być całkiem przyjaźnie do mnie nastawiony (choć jakby coś nie "ten teges" to w asekuracji była mamusia)...
Ostatecznie... misio pozwolił mi nawet przejechać się na swoim grzbiecie... iiiiiihaaaaa!!!
Nie ma to jak relaksujący odpoczynek... :) Wieczorne łazieneczkowe SPA zawsze cudowne, pachnące... z pyszną pianką, unoszącym sie w powietrzu zapachem lawendy, no i oczywiście moją "kaczufową ferajną". Po plumpanku masaż ciałka, nabalsamikowanie, manicure, pedicure, układanie fryzurki... mmmm... potem pyszna kolacyjka... i błogi sen do rana! :)
Tatek wziął mnie na basenowy obchód. Sprawdziłam temperaturę wody (brrrr... zimniejsza niż w mojej wanience), pokazał dziwne wanny z bąbelkami (podobno to coś to słynne jacuzzi;), zjeżdżalnię, no i saunę - ale dobrze że była jeszcze nieczynna - tam to musi być ukrop!
Nie pływałam - bo zapomniałyśmy strojów ;), choć jest taki mini basenik dla bobasów i taki ciut większy dla "więksiejszych" dzieciaczków.
Za to na chwilę mogłam się poczuć jako prawdziwa Kropeczka Ratownik! Siedziałam na wieży ratowniczej z bojką (tzw. pamelą) i obserwowałam kto jak pływa :). Doszłam do wniosku, tak patrząc na innych, że z moim wanienkowym pływaniem wcale nie jest tak najgorzej... może będę się szkolić i zostanę prawdziwą ratowniczką... kto wie?! ;)
Po obiadku tzw. "tea time" ;)
Prababusia ma chore nóżki, więc postanowiłam zrobić jej masaż kolanek...
A potem razem z mamą grałyśmy na fortepianie :)

Naprzemienne uginanie nóg i przyciąganie ich do brzuszka.
A tutaj ostatnie prościutkie ćwiczenie, tzw. "niepełny orzełek" - po prostu wymachy poziome ręką (od bioderka do głowy), ale uwaga - rękę wymachując utrzymać trzeba kilka cm nad matą. No i raz lewa, raz prawa rączka :).
Cylinder (emaliowany model w moim wypadku;)) to rodzaj wysokiego kapelusza w kształcie walca (stąd jego nazwa ;). Pierwszy cylinder został wyprodukowany w 1797 roku przez Johna Hetheringtona. Dokładnie 15 stycznia 1797 roku w Londynie po raz pierwszy na głowach panów pojawił się cylinder. Jejuniu, jak to dawno było - "siwy dym"! Czyli zaraz, zaraz... już niedługo... dokładnie za 16 dni będziemy świętować 211 rocznicę powstania tego gustownego nakrycia głowy, no no...! :)