W ten sposób informuję stację kontrolną o sytuacji kryzysowej: - "Halo! Mamuś mamy problem! ... yyyyyy... jakby to powiedzieć... mój pampek jest full... czy da się coś w tej sprawie zrobić?" :)
W ten sposób informuję stację kontrolną o sytuacji kryzysowej:
W niedzielę razem ze staruszkami odwiedziliśmy Zabierzów: tatusia chrzestnego mojego tatusia - wujcia Mariana z rodzinką :). Było bardzo miło. Ciocia Kazia trzymała mnie na kolankach, a ja gaworzyłam na całego. Coś mi się wydaje, że staję się coraz bardziej towarzyska :).
Wczoraj, na zakończenie lata, był festyn na duuużym boisku szkolnym, tuż obok basenu w którym tatek uczy pływać dzieci, także te z tej szkoły :). Było bardzo słonecznie! Przyrumieniłam nawet sobie pysie :). Oj działo się!!!
Było mnóstwo dzieciaczków. Zabawy, konkurencje sportowe, loterie fantowe, pokazy grup tanecznych i karateków, zespoły muzyczne, sztalugi do malowania, konie na których można było pojeździć (wujek Zbyszko by sie ucieszył :)), wyścigi rowerów, grill, ciacha i ciasteczka... i takie wielkie dmuchane budowle, zamki, zjeżdżalnie, ściany wspinaczkowe... rewelacja! Można było poszaleć!
...za to "niuchnęłam" sobie w kieliszek tatka... myślałam, że tam mleczko pyszne będzie, a tam skąd... a feeee... jak się nabrałam... jakieś winko, czy coś... a feeee...
Z okazji moich skończonych 3 miesięcy życia pozabrzuszkowego, babcia Dosia doszła do wniosku, że jestej już na tyle dużą panienką, że mam prawo do posiadania swojej własnej, kąpielowej, kaczufowej ferajny. Już przedstawiam jej skład: Mama Kaczufa (to ta z tym czymś niebieskim na łebku), Dzidzia Kaczufa (ta malutka) i Tatek Kaczuf (z duuużym dziobem) :).
... zabawa w muchę ...
... tańczonko na piaseczku ...
... odpoczywanko luzikowe na piaseczku ...
Kładziemy sie na podłodze - lub na macie - takiej do ćwiczeń (mama ma taką - ja mam swoją matę misiową). Wyciągnięte ręce kładziemy za głowę... lub trzymamy na brzuszku (to moja łatwiejsza wersja). Wyprostowane nogi (nie zginamy w kolanach) podnosimy, aż utworzą z podłogą kąt 30 stopni. Wytrzymujemy w tej pozycji 10 głębokich oddechów (no ja wytrzymuję co najwyżej 1 - ale to dopiero moje początki gimnastyczne) i opuszczamy nogi na podłogę.
Potem podnosimy nogi nieco wyżej (tak jak na zdjęciu), aż utworzą z podłogą kąt 60 stopni. Znów wytrzymujemy 10 oddechów (ja oczywiście znów 1 oddech) i znów opuszczamy.
Podnosimy nieugięte nogi w górę, aż utworzą z podłogą kąt 90 stopni (w tym momencie - z pampusiem miedzy nóżkami jest to u mnie utrudnione, więc ja niestety muszę zgiąć nóżki w kolanach). Teraz wytrzymujemy w tej pozycji 25-30 oddechów (mi udaje się w tym wypadku lepiej niż w poprzednich podnoszeniach - nawet z 5-10 oddechów ;). Opuszczamy wyprostowane nogi na podłogę.
Dostałam w prezencie na chrzciny od wujcia Waldzia i cioci Ani taki ciekawy sprzęt - nazywa się to - mata edukacyjna. Jak dla mnie jest to duża poduszka w kształcie pani misiowej i dwa wyginające sie pałąki na których mama wiesza mi różne różności... grzechotki, kluczyki do gryzienia, żółtego słonia, jakieś piłeczki - no... nie wszystko na raz - żebym nie dostała oczopląsu - ale co jakiś czas zmienia coś tam w budowie tego sprzętu :). Zastanawia mnie tylko dlaczego dorośli to coś nazywają matą edukacyjną? Hmmm...? Dla mnie to będzie po prostu - misiowa poduszka do ćwiczeń:)
Wczoraj mój tatek skończył 26 latek :) Kochany ten mój staruszek! Uczciliśmy to w Krakowie - pyszną mrożoną kawą dla tatka, pyszną mrożoną czekoladą dla mamci i dla mnie oczywiście przepysznym mleczkiem (nie martwcie się - na zdjęciu tą zimniochę tatkową piję - ale to tak na niby;)... jak dla mnie musi być cieplutkie "mlimlunio"... bo o gardziołko w moim wieku trzeba dbać
Kąpiel mi się bardzo podoba :) (wstyd się przyznać, że dawniej nie byłam jej zwolenniczką) :)
Potrafię puszczać bąble ślinowe :) w ilości wystarczającej na umoczenie bodziaków i rękawów koszulki :) Sądzę, że te ilości biorą się z tego, że wzbogacam swoje wypowiedzi w nowe literki i słowa. Gadam jak najęta :) Oprócz "a guu", "a gyyy" i takich tam prostych, wychodzi mi pięknie z takim francuskim akcentem "errr" i "era"(mogłabym zacząć reklamować sieć komórkową:). Jest też "buu" i "dom" i nawet "takk", "taam" i "maa". Zgłębiam tajniki mowy. Do tego stawiam już wyraźne akcenty ;)
Ale mimo wszystko najbardziej to lubię się przytulać... :)
W niedzielę rano byliśmy w parku - odwiedzić moją koleżankę - wiewiórcię (tydzień wcześniej będąc całą rodzinka na spacerku sie z nią zapoznałam) :) Chociaż jest ona bardzo nieśmiała, udało się tatkowi zrobić jej zdjęcie :)
Mama z tatkiem kupili mi drugie łóżeczko, żebym mogła spać zarówno na dole w moim pokoiku, jak też na górze (bo domek mamy piętrowy). "Siwy dym!" - to podobno taki wynalazek, że jak będę większa to będę w nim mogła skakać i bąbrować na całego, a ono się nie załamie pod moim ciężarkiem, ani nie złoży. I do tego - po złożeniu to "cacko" mieści się w takiej małej torbie - to się nazywa turystyka :)
A to coś co przyczepili mi rodziciele nad łóżeczkiem. To dopiero jest jazda. Kręci się, gra pozytywka, a na sznureczkach zawieszone są jakieś kolorowe zwierzaki. Z mojego "punktu leżenia" wygląda to tak... bajera, hihi! :) 








Trzeba było kiedyś wrócić do domku... ale ja tu jeszcze wrócę! Muszę przecież odwiedzić to rude stworzonko, które tak sprytnie wdrapywało się po drzewkach - nio serio! Taka mała wiewióreczka biegała koło mojego wózeczka! Jak urosnę - to dopiero będzie się działo! Ja i "wiórcia" będziemy biegały razem ;)
Na przyjęcie po Chrzcie przyszło 25 gości :) Mama ślicznie przystroiła cały dom w bialutkich balonikach i w białych z różowymi kropeczkami kokardkach :)
Ja z mamusią, ciocią Marzenką i wujkiem Kubą (najbliższymi kuzynami mamusi)
Z tatulkiem :)
Rodzice tłumaczyli mi że to znaki chrzcielne - że woda to nie kranówka, tylko taka specjalnie święcona, a ta dziwna maź to krzyżmo święte... i to wszystko po to żebym stała się Dzieckiem Bożym i została obmyta z grzechu pierworodnego... ale jakoś dalej tego nie rozumiem... Hmmm, jak dorosnę, to będą mi musieli to jeszcze raz na spokojnie wytłumaczyć!
Oprócz mnie chrzczonych było wczoraj jeszcze osiem moich małych koleżanek i kolegów. Nie wiem tylko dlaczego większość z nich płakała? Może nasisiali sobie w pieluszki?! Ja pojadłam sobie i sanitarne sprawy załatwiłam jeszcze w domu, więc byłam bardzo grzeczna. A właściwie to muszę sie przyznać, że całą Mszę i Chrzest niestety przespałam (oprócz "łypnięcia" jednym okiem gdy Xs. Mieszko mi polewał główkę i wtedy jak ministranci dzwoneczkami dzwonili). :)